Spis treści

czwartek, 18 czerwca 2015

Nie odchodź, Tsukki - TsukkiYama

Zaraz się zacznie "a gdzie specjale do Swatek? Opuściłaś to opowiadanie?!?!?" Oczywiście że nie. Tylko to opowiadanie siedziało mi w mózgu bardzo długo i musiałam je w końcu napisać. To jest... Inne niż cokolwiek co pisałam, bo to drama i na dodatek dopiero drugie tu opowiadanie z HQ. Ale mnie się podoba. Chociaż... To przecież nie ja mam oceniać. Tak, wiem że jest trochę niekanonicznie w stosunku do mangi, ale tak to sobie zawsze wyobrażałam #sorrynotsorry. I w ogóle ostrzegam, że mam do tych postaci i tego pairingu nastawienie cholernie emocjonalne.
Aha: jest mi smutno, kiedy nie komentujecie, ok?
*
Świat skończył się któregoś dnia po treningu, zaraz po przegranej z Aoba Jousai.
Wracaliśmy z Tsukkim w kierunku naszych domów - mieszkamy niemal obok siebie, więc zwykle go odprowadzam. Mówiłem coś - pewnie o treningu albo jakichś bzdurach, które wydarzyły się w szkole, jak zwykle. Nawet nie pamiętam. Tsukki jak zwykle nie za bardzo mnie słuchał, ale w sumie to, że nie miał na uszach słuchawek i nie mówił mi, żeby się zamknął, świadczyło, że ma dobry humor. No i, oczywiście, samo spędzanie z nim czasu było przyjemne, bez innych ludzi - przede wszystkim piszczących dziewcząt. Tsukki jest wysoki, przystojny i wyobcowany, więc dużo osób zwraca na niego uwagę. Zwykle je konsekwentnie ignoruje. Czasem jest niemiły, jak to on.
Wtedy Tsukki jakby się wyłączył, nie skupiając się na drodze. Po prostu szedł i tak doszedł do przejścia, kilka kroków przede mną. Wszedł na jezdnię, nie oglądając się za siebie. Kiedy ta furgonetka wypadła zza zakrętu, nawet nie zdążyłem go ostrzec. Potem czoło samochodu uderzyło w niego, a czas jakby zwolnił. Przeleciał kilka metrów, ja wrzasnąłem "TSUKKI!", ale było już za późno. Uderzył o ziemię, mężczyzna o brązowych włosach wypadł z samochodu i zatrzymał się przy ni,. Sekundę później mnie zauważył.
- O Boże, przepraszam, niebiosa wybaczcie, śpieszyłem się... Nie spojrzałem... Boże... Jesteś jego przyjacielem? - Kiwnąłem głową, nie mogąc wydobyć głosu. Po prostu podszedłem do jego nieprzytomnego ciała i sam omal nie zemdlałem, widząc, jak wygląda. Z miejsca, gdzie uderzył go samochód płynęła krew,  a noga, którą uderzył o ziemię, wykrzywiła się pod dziwnym kątem, i... Och. w tym momencie spostrzegłem, że choć ma ranę na głowie, słuchawki pozostały nienaruszone, a okulary tylko zsunęły się na ziemię, nawet nierozbite. Poczułem, że łzy płyną mi po twarzy. Przycisnąłem głowę do jego piersi i poczułem słabe bicie serca.
- Tsukki... Tsukki. - Mężczyzna, który go potrącił, dzwonił właśnie po pogotowie,.
- Serce mu bije? Oddycha? - spytał, a ja po sprawdzeniu oddechu skinąłem głową. I tak tam siedziałem, mamrocząc jego imię, nie będąc w stanie się ruszyć ani sklecić spójnego zdania.
Kilka następnych godzin było najgorszym z koszmarów. Przyjechała po niego karetka - nie zabrali mnie ze sobą, ale człowiek, który potrącił Tsukkiego, wziął mnie do samochodu i zawiózł pod szpital. Potem sam zgłosił się do czekającej tam już policji, a ja poszedłem do recepcji.
- Przepraszam, czy... Czy chłopak, którego przywieziono tu przed chwilą...
- Znasz go?
- Tak, to... To mój przyjaciel.
- Nazywa się Tsukishima Kei? Widziałeś, jak go potrącono?
- T-tak.
- Ta pani jest jego pielęgniarką - recepcjonistka przywołała gestem niską kobietę z włosami związanymi w dwa kucyki.
- Jego stan jest ciężki, ale stabilny. Jeszcze się nie obudził. Jesteś jego przyjacielem, tak? Mógłbyś to dla niego przechować? - Podała mi coś, a ja zorientowałem się po chwili, że to okulary i słuchawki razem z iPodem. W tym momencie nie mogłem już wytrzymać i po prostu stałem przed pielęgniarką, łkając i przyciskając okulary Tsukkiego do piersi, tak jakby były jedynym, co mi po nim zostało.
Siedziałem w szpitalnym holu długo, chociaż recepcjonistka mówiła, że Tsukki się dzisiaj nie wybudzi. Nic nie robiłem. Już nawet nie płakałem. Czułem się, jakby ktoś odebrał kawałek mnie, mały, ale bardzo ważny, i jakbym bez niego pozostał pusty.
Moja mama przyszła około dwudziestej. Chyba ciężko było jej wyrwać się z pracy. Po minie poznałem, że dowiedziała się ze szkoły, którą z kolei powiadomił szpital. Podeszła i objęła mnie bez słowa.
- Tadashi... W porządku? - Spytała po chwili bez sensu.
- Nie. Nie. Nie jest w porządku. Zupełnie nie.
- Wiem.
Wracaliśmy do domu w milczeniu.
Tsukki jest jedynym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miałem. Teraz mam też kolegów z drużyny, ale w gimnazjum słaby, nieśmiały, piegowaty Yamaguchi był raczej pogardzany. Tsukkiego znam od dzieciństwa. Oczywiście, nie okazuje że jestem dla niego ważny czy coś takiego. jest niemiły i wycofany, ale jest wszystkim, co mam. Kiedy go poznałem, pomyślałem, że jest najpiękniejszą osobą, jaką kiedykolwiek widziałem. Charakter miał okropny, ale z jakiegoś powodu trzymaliśmy się razem, choć mógł mieć tylu lepszych znajomych. Wszystkich od siebie odsuwa. Mnie z początku też, ale... Nie wiem. Chyba się do mnie przyzwyczaił. W gimnazjum kilkakrotnie bronił mnie samą swoją obecnością, wysoki, dumny Tsukishima, z którym nikt nie chciał zadzierać. Był jedyną osobą, poza zapracowaną mamą,  naprawdę dla mnie ważną. Jedynym prawdziwym przyjacielem.
Dobra, przyznam się sam przed sobą.
Kocham Tsukkiego.
Następnego dnia  cała drużyna została zwolniona ze szkoły, aby móc go odwiedzić. Omal nie rozpoznałem go bez okularów, za to z mnóstwem medycznej aparatury. Ten widok sprawił, że chciałem nim potrząsnąć, żeby się ocknął, założyć mu okulary i poczekać, aż powie coś obojętnie, w swoim stylu. Wchodziliśmy po dwie osoby - ja byłem z nasza menedżerką, Shimizu. Inni byli tam dosyć krótko. Mało kto z nich zna Tsukkiego naprawdę (na ile ja sam go znam?), większość za nim nie przepada. Nawet do końca nie wiedzieli, co powiedzieć. "Przykro mi, że wpadł pod samochód. Był chamskim sukinsynem, ale nie zasłużył na taki los"?
- Tadashi... Myślę, że kapitan pozwoli ci teraz przez jakiś czas nie przychodzić na treningi. Dopóki Kei się nie obudzi.
- Nie, ja... Chcę przychodzić. - Nie do końca prawda, ale pomyślałem, że to pomoże mi wypełnić pustkę. I wtedy Shimizu zrobiła coś niespodziewanego i położyła mi rękę na ramieniu bez słowa. Wydało mi się, że być może ona rozumie. Przynajmniej w części.
Tego dnia nałożyłem na uszy słuchawki Tsukkiego i włączyłem ostatnią piosenkę, jakiej słuchał. Głośny punk połączony z rapem - szczerze mówiąc nie wiem, jak to się nazywa. Ciekawe, o czym myśli, kiedy tego słucha. O swoim gniewie? Na co miałby być zły człowiek, który na wszystko patrzy z wyższością? Położyłem się, cały czas słuchając tej piosenki, ale sen nie chciał przyjść, bo nie mogłem wyrzucić z pamięci dwóch nakładającym się obrazów Tsukkiego - tego zwykłego, wrednego i sarkastycznego, nie przejmującego się niczym, i tego aktualnego, podłączonego do aparatury i odartego z całej siły i pewności siebie. Nigdy nie byłem za bardzo religijny, ale tym razem prosiłem Boga, Bogów, każdego, który słuchał, żeby mi go nie zabierali. Nie tylko teraz. Nigdy.
Następny tydzień był pustką. Byłem w szkole, na treningu, a potem zawsze jechałem do szpitala i czekałem do wieczora. Tsukki cały czas był w śpiączce. Wracałem do domu i słuchałem jego muzyki. Nigdy jej z nim nie słuchałem. Czułem się prawie, jakby był ze mną. Prawie.
Ale musiałem przyznać - mój świat się skończył, kiedy go zabrakło. Pamiętałem o tym zawsze, kiedy nie czując niemalże własnych łez siedziałem i nie próbowałem już zasnąć ani o nim zapomnieć.
Mama próbowała mnie wspierać. Nie lubiłem rozmów o Tsukkim, ale któregoś dnia wyrwało mi się:
- Mamo, ja... Ja Tsukkiego...
- Wiem, Tadashi. Od dawna wiem.
I chyba naprawdę wiedziała.
Aż w końcu, dziewięć dni od wypadku (dziewięć najgorszych dni w moim życiu), kiedy siedziałem w szpitalnym holu, pielęgniarka z włosami związanymi w kucyki przybiegła do mnie.
- Yamaguchi-kun? - Już mnie rozpoznawała, tak często tam byłem.
- Tak? - Uniosłem głowę, spodziewając się najgorszego, tego, że Tsukkiego naprawdę już nie ma. Starałem się być na to gotowy, ale nie wychodziło mi to. Jak mogłoby?
- On... Tsukishima-kun... On się obudził.
- C-co? - Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę. - Mogę... Mogę do niego pójść?
- Doktor nie byłby zadowolony, ale... Dobra, chodź.
- Dziękuję! - Ukłoniłem się niezgrabnie i ruszyłem za nią. Zaprowadziła mnie do tego samego pomieszczenia co poprzednio. I dopiero, gdy zobaczyłem, jak odwraca się i patrzy na mnie z niedowierzaniem spod zmrużonych powiek, uwierzyłem, że to prawda. Oczy wypełniły mi się łzami, łzami wdzięczności do tych na górze, którzy postanowili mi go oddać.
- Yamaguchi? - Podszedłem bliżej i drżącymi rękoma ściągnąłem z szyi sprzęt, który nosiłem bez przerwy od tygodnia. Pierwsza kropla wody spadła z mojego podbródka na białą szpitalną pościel.
- Tsukki - powiedziałem cicho, wyciągając do niego dłoń. - Twoje słuchawki. - Nic więcej nie byłem w stanie wydusić. Wziął je i rzucił niemal swoim zwykłym, kpiarskim tonem:
- Byłeś tu cały ten czas? - Pokiwałem głową, a on poprawił się na łóżku. Drzwi cicho się zamknęły - pielęgniarka wyszła, najwyraźniej stwierdzając, że przez moment jest tu niepotrzebna. Uniósł ręce i otoczył mnie ramionami. Przez moment stałem tak, nie wiedząc, co zrobić, więc w końcu przyciągnął mnie do siebie, zniecierpliwiony.
Nie miało znaczenia, co było przedtem i co miało być potem, to, że Tsukki nadal był podłączony do aparatury, a moje łzy moczyły jego koszulę. Bo kiedy siedziałem na jego łóżku, przytulony do niego, wdychając jego zapach, liczyło się tylko to, że, być może, dzięki temu nieszczęsnemu wypadkowi, udało mi się odrobinę do niego zbliżyć.
- Kocham cię, Tsukki - mruknąłem bardzo cicho. Pewnie mnie nie usłyszał.
Ale być może wreszcie zrozumiał.
*
Word zjada entery ;;;

sobota, 6 czerwca 2015

Swatki #11 - multipairing.

W zeszłym tygodniu rozdziału nie było, bo byłam na Magni, czuję się zatem usprawiedliwiona. Kto był tak btw?
Przed rozdziałem kolejny fragment napisany przez Leukonoe. Tym razem AkaFuri. Bez seksów, ale takie urocze że ahbkeaduhayhddu nie umiem tego wyrazić nawet. A potem *tutututututututu* ostatni rozdział! Co? Jak to?! Dlaczegp?! Bo w tym miejscu postanowiłam skończyć GŁÓWNĄ FABUŁĘ. Ciągnięcie dalej byłoby bezcelowe, zresztą, to opowiadanie było dokładnie takie, jak planowałam i jestem z niego zadowolona. ALE po moim opowiadaniu napiszę, jaka związana ze "Swatkami" niespodzianka nadchodzi niedługo. Doczytajcie!
No, to najpierw Leukonoe. Oryginał tu.
*
You're the fear, I don't care
'Cause I've never been so high
Follow me to the dark
Let me take you past our satellites
You can see the world you brought to life, to life
[Ellie Goulding - Love me like you do]


Furihata uwielbiał horrory, uwielbiał je czytać i oglądać, im straszniejszy tym lepiej. Jednak nikomu się do tego nie przyznawał, bo pewnie skończyłoby się na wspólnym oglądaniu i wtedy Furihata by się kompletnie ośmieszył. Podskakiwał, wylewając napoje i rozrzucając jedzenie, za każdym nawet najbardziej oczywistym suspensem kończącym się "a buu!". Nosiło to znamiona psychicznego masochizmu, ale jakoś nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiał. Za to zawsze zastanawiał go brak logiki u bohaterów, którzy schodzą do ciemnych piwnic, wychodzą do mrocznego lasu i w ogóle postępują głupio. Jednak od teraz nie będzie się mógł dziwić takiemu zachowaniu, bo właśnie robił to samo. Szedł, czując, że nie powinien ruszać się z bezpiecznego pokoju, może nawet skorzystać z nadarzającej się okazji i napić się sake. Może gdyby był chociaż odrobinę pijany, łatwiej byłoby mu zrozumieć własne działanie. Teraz nie potrafił i nawet nie próbował ich pojąć. Był bohaterem horroru sprawdzającym ciemna piwnicę, gdy usłyszał tam niepokojące dźwięki. Chociaż w tym wypadku bardziej pasującym porównaniem byłaby ofiara podążająca za własnym mordercą, co brzmiało jeszcze mniej rozsądnie.
W pierwszej chwili, gdy zerknął przez okno nie rozpoznał w ciemności samotnej postaci, dopiero gdy stanęła w plamie światła rzucanego z okna i spojrzała prosto na niego. Spojrzenie tylko jednej osoby potrafiło wywołać u niego natychmiastową gęsią skórkę. To była chwila i Furihata nie był pewien, czy uśmiech jaki zobaczył na ustach Akashiego był prawdziwy, czy był tylko grą cieni, bo kapitan Rakuzan zniknął gdzieś w nocnej ciemności. Wybiegł z pokoju, nawet się zbytnio nie zastanawiając. Musiał, chociaż czuł, że to wbrew wszelkim instynktom samozachowawczym. 
Na zewnątrz było zupełnie ciemno, poza światłami z okien i lampą przy wejściu nie było żadnego światła. Niebo przysłaniały chmury, z których niedawno lunął deszcz. Wszystko pachniało świeżą wilgocią, a wiatr niósł ze sobą nocny chłód.
Furihata stanął przed wejściem i zaraz pożałował, że nie zabrał bluzy, ale nie miał zamiaru wracać. Z drugiej strony nie wykluczone, że i tak będzie zmuszony, bo nie miał zielonego pojęcia, w którym kierunku poszedł Akashi. Sam w tej chwili nie wiedział, czy bardziej odczuwa z tego powodu ulgę, czy zawód. Zadrżał pod wpływem kolejnego podmuchu wiatru, który oprócz zimna przyniósł poszum. Odruchowo spojrzał w niebo, spodziewając się kropel deszczu. Jednak deszcz nie spadł, ale poszum nie umilkł i dopiero po chwili Furihata zorientował się, że to muzyka. Ruszył bez wahania w tamtym kierunku. Dźwięki stawały się coraz wyraźniejsze, muzyka instrumentalna, poważna. Dopiero, jak musiał zwolnic, zdał sobie sprawę, że prawie biegł ostatni kawałek.
Boisko do koszykówki. Oczywiste, że będzie to boisko do koszykówki, chociaż teraz nawierzchnia była zbyt wilgotna, żeby móc grać. Muzyka leciała z położonego na ławce telefonu, którego właściciel stał kawałek dalej, plecami do Furihaty, z rękoma założonymi za plecy wpatrywał się w tarczę kosza. To było niesamowite. Akashi nie musiał nic robić, nie musiał nic mówić, by sprawiać wrażenie władcy. Furihata stanął tuz przy wejściu na boisko, ale nie potrafił na nie wejść. Czułby się, jak intruz na nie swoim terytorium. A jednocześnie nie pragnął niczego innego, jak znaleźć się bliżej tej samotnej postaci.
– Przyszedłeś.
Furihata poskoczył zaskoczony spokojnym głosem. Akashi patrzył na niego ponad ramieniem z ciężkim do odgadnięcia wyrazem twarzy. Może ciekawość, odrobina rozbawienia, ale i... zaskoczenie. Jednak w głosie było tylko ogłoszeie oczywistości, jakby Furihata nie miał innego wyjścia, jak przyjść i Akashi doskonale o tym wiedział. Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że wymaga się od niego jakieś formy reakcji, poza przestraszonym piskiem, jaki na pewno z siebie wydał.
– Wiedziałeś, że przyjdę? – zapytał po przełknięciu śliny i zebraniu resztek odwagi. Wciąż nie ruszył się z miejsca.
Akashi zwrócił się w jego stronę i przyglądał mu się przez chwilę.
– Miałem nadzieję – odpowiedział w końcu, robiąc kilka kroków w stronę Furihaty, który z kolei wrósł w ziemię, teraz nawet gdyby chciał, nie potrafiłby uciec.
– A jakbym nie przyszedł? – zapytał i sam słyszał, jak mu głos lekko drży.
Akashi przekrzywił lekko głowę.
– To bym spędził ten czas sam – odpowiedział tonem, którym edukuje się dzieci o oczywistych faktach, z ta nutką zaskoczenia, że w ogóle się o to ktoś pyta.
To zdanie, wypowiedziane tym tonem mówiło tak wiele o Akashim. O tym, że jest przyzwyczajony do spędzania czasu samotnie, że jest to stan całkowicie naturalny. Na swój sposób było to smutne, jednak było jasne, że współczucie jest ostatnim uczuciem, jakiego Akashi oczekuje względem swojej osoby. On sam nie uważał, żeby w tej sytuacji coś niewłaściwego, ale z drugiej strony, "miał nadzieję", że Furihata do niego przyjdzie.
Muzyka się zmieniła. Furihata zaskoczony spojrzał w stronę telefonu. Znał tę melodię.
– Walc – powiedział i zaraz spuścił wzrok bezsensownie zawstydzony pod wpływem spojrzenia Akashiego.
Akashi patrzył na Koukiego szczerze zaintrygowany. Coś, co zaczęło się już podczas ich meczu i nie puszczało i powoli zaczynał rozumieć, co za tym się kryło. Nie potrafił zupełnie rozczytać tego chłopaka, niby nie było w nim nic ciekawego, a jednak zaskakiwał. Nigdy by nie pomyślał, że wśród graczy znajdzie się taki, który rozpozna jeden z walców Czajkowskiego, a jednak proszę miał go przed sobą. I było jeszcze coś. Każdy, kto stawał na przeciwko Akashiego chciał go pokonać, to bylo naturalne, zrzucić z piedestału i zmusić by klęknął. Jako że Akashi nie lubił przegrywać – nawet ostatnie finały Winter Cup tego nie zmieniły – to taka postawa sprawiała, że on sam jeszcze zacieklej bronił swojej pozycji, jeszcze mocniej się fortyfikował. Jednak Kouki stając na przeciwko niego, nie chciał go zniszczyć, a tym, co chciał pokonać był jego własny strach. Nie chciał ściągnąć Akashiego do swojego poziomu, a raczej sięgnąć do poziomu Akashiego. Wiele mu brakowało, ale w tak postawionej sprawie, Akashi był skłonny podać pomocną dłoń. 
Uśmiechnął się lekko. Wyciągnął dłoń w stronę Koukiego i skłonił się lekko. Była w tym wszystkim niewymuszona elegancja. Książęca wręcz.
– Zatańczysz? – zapytał uprzejmie.
Furihata podniósł głowę tak gwałtownie, że coś mu strzyknęło w karku i spojrzał na Akashiego z czystym przerażeniem.
– Ale ja... Ja tylko... Znaczy... – dukał, próbując powiedzieć, że znał jedynie melodię, że nigdy nie tańczył, że na pewno mu nie wyjdzie.
– Sprawiłbyś mi niewymowną przyjemność.
Furihata przy tych słowach nierozważnie spojrzał Akashiemu w oczy i już wiedział, że nie odmówi. Nogi ruszyły się bez udziału woli, przyciągane tym dziwnie podniecającym strachem, który sprawiał, że serce łomotało w piersi jak oszalałe, niezdecydowane, czy chce wyrwać się i ucieć przerażone, czy ulecieć w niebo zachwycone.
Akashi miał chłodne dłonie o szczupłych palcach, to bylo pierwsze co dotarło do Furihaty, gdy jego dłoń została chwycona i został przyciągnięty bliżej. Nie wiedział, co robić, ani gdzie podziać wzrok. Na szczęście Akashi mu pomógł. Położył chwyconą dłoń na swoim ramieniu, drugą uniósł na swojej dłoni. Drugą położył między łopatkami Furihaty. Od tego dotyku chłopak się automatycznie wyprostował jak struna. Zobaczył jeszcze przelotny, nieco rozbawiony uśmiech Akashiego i zrobiło mu się głupio, że zachowuje się przerażony piesek. Jednak nie potrafił się opanować. 
– Raz, dwa, trzy – szepnął Akashi w rytm muzyki w tle, przykuwając uwagę Furihaty do swoich ust. – Raz, dwa, trzy – powtórzył i na kolejne raz zrobił pierwszy krok do przodu.
Pierwsze kroki były nieporadne, a Furihata nie mógł oderwać spojrzenia od własnych stóp, przez cały czas bojąc się, żeby nie podeptać Akashiego. Nie śmiał nawet myśleć, co by było, gdyby tak się stało. Był cały spięty, nawet nie słyszał muzyki w tle, tylko szum własnej krwi w skroniach.
– Patrz na mnie – polecił Akashi, a w jego głosie zagrały ostrzejsze nuty. Byl to ton, któremu nie było możliwości się przeciwstawić. – Patrz tylko na mnie, Kouki – powiedział, gdy chłopak w końcu spojrzał mu w oczy.
Furihata od tego momentu nie odrywał spojrzenia od oczu Akashiego. Zafascynowany tym, co kryło się za ich czerwienią, przestał się skupiać na krokach i pozwolił prowadzić dłoniom i muzyce. Szybko taniec nabrał odpowiedniego rytmu i rozmachu. Już to nie były proste kroki tył, bok, przód. Furihata nawet nie zauważył, kiedy zaczęli krążyć po całym boisku w obrotach. Zgodnie z poleceniem nie spuszczał wzroku i tylko kątem oka dostrzegał rozmazany świat dookoła, słupy od koszy, siatkę ogrodzenia, ławki. Księżyc w pełni zaczął wyglądać tu i ówdzie spomiędzy chmur, a jego światło rozlewało się w srebrne kałuże. Kouki nawet się nie spostrzegł, gdy zaczął się delikatnie uśmiechać. Czuł się pewnie w tych ramionach, które tak pewnie go prowadziły. To właśnie było to! Dokładnie tego mógł oczekiwać od Akashiego. Kontroli, owszem, ale co ważniejsze poczucia bezpieczeństwa. A on, co on właściwie miał do zaoferowania Akashiemu? Spuścił wzrok mimo wszystko, ale zaraz go podniósł. W tej krótkiej chwili znalazł odpowiedź.
Dystans. Nawet teraz, w tej chwili, Akashi trzymał dystans. Teraz w tańcu był to dystans wynikający z poprawności ram. Został nauczony, że tak tańczy się walca i tak go tańczył. Jednak na co dzień ten dystans też istniał i brał się przede wszystkim z poczucia własnej wyższości, ale i świadomości, że pochodzi z innego świata niż wszyscy, którzy go otaczają. Nawet Oko Imperatora w naturalny sposób przenosiło ten dystans na boisko, nawet w grze nie dało się do niego zbliżyć. 
Furihatę zatkało, gdy sobie to wszystko uświadomił i jednocześnie zdał sobie sprawę z tego, że z całego serca pragnie przełamał ten dystans, chce się zbliżyć do Akashiego, chociaż miałby się sparzyć. Chciał nauczyć Akashiego, że można tańczyć w zupełnie inny sposób bez tej pustej przestrzeni pomiędzy nimi. Chciał ją zlikwidować, chciał dotknąć skóry, musnąć kosmyki czerwonych włosów, poczuć jeszcze wyraźniej zapach, który przebijał się ponad wilgoć niedawnego deszczu. W końcu... chciał posmakować tych ust.
Podstępnie w taniec, jeszcze do niedawna akademicko poprawny, wkradła się nutka intymności. Furihata nie uczynił żadnego gwałtownego ruchu, nie potrafiłby, a jednak z każdym krokiem, z każdym obrotem skracał dystans. Niemalże niezauważalną odrobinę, dodając do tańca trochę własnego rytmu. Tak samo samo przesuwał dłoń na ramieniu Akashiego, by może palcami musnąć jasną skórę szyi. Teraz nie mógł oderwać spojrzenia od lekko rozchylonych warg. A Akashi musiał wyczuć jego intencje, bo jego forma zaczęła się łamać. Ramię już nie było tak sztywno wyciągnięte, dłoń na plecach spomiędzy łopatek przesunęła się niżej.
W chwili, gdy Kouki w końcu dotknął szyi Akashiego, zmieniła się muzyka. Powolniejsza, bardziej nastrojowa, wspaniale wtapiająca się w samą noc dookoła. Znajdowali się tak blisko, że ich oddechy mieszały się ze sobą. Przez dłuższą chwilę stali w zupełnej ciszy, dopóki Furihata nie uświadomił sobie, co właściwie się dzieje i znowu obleciał go strach, spiął się i chciał zrobić krok do tyłu i mógłby to zrobić bez problemu. Nic go nie trzymało, dłoń z pleców zniknęła – już mu jej brakowało. Zatrzymał się w pół ruchu odrobinę zaskoczony, nie sądził... miał nadzieję, że Akashi mu na to nie pozwoli, przytrzyma. Jednak ten stał bez ruchu z opuszczonymi ramionami i przyglądał się Furihacie.
– Mnie się boisz, Kouki? – zapytał i była w jego głosie, jakaś ciężka do zinterpretowania nuta.
Furihata nie wiedział zupełnie co odpowiedzieć. Gdyby powiedział, że nie, to by skłamał, ale przecież nie mógł się przyznać, zresztą to też by nie było zgodne z prawdą. Nie bał się Akashiego, nie tego tutaj, raczej... Wspomnienia Akashiego.
– Trudno – odezwał się znowu Akashi bardziej do siebie niż Furihaty. – Dziękuję – dodał z uprzejmym uśmiechem i zrobił krok do tyłu.
Coś w końcu w Furihacie pękło, jakiś szalony głosik stwierdził "a do diabła!". Znowu był bohaterem horroru pchającym się prosto w ramiona swojego mordercy. Jednak czerpał z tego masochistyczną przyjemność. Chwycił Akashiego za nadgarstek, przyciągnął do siebie, tak blisko, że ich piersi sie spotkały i pocałował. W pierwszej chwili z lubością przymknął oczy, jednak w kolejnej wróciła panika, gdy Akashi nie odpowiedział na pocałunek. Już chciał się cofnąć, ale tym razem nie pozwoliło mu na to ramię, które na powrót go objęło i dłoń we włosach. Dopiero wtedy Akashi uśmiechnął się przez pocałunek i oddał go, a Furihata zdał sobie sprawę z tego, że został wmanewrowany i przetestowany, to nie była tak naprawdę jego decyzja, by pocałować Akashiego. Wcale mu to nie przeszkadzało. Nie potrzebował kontroli, nie miał nic przeciwko by oddać inicjatywę, byleby mógł być trzymany w tych ramionach, byleby czuć te wargi na swoich własnych. Sam chwycił desperacko koszulkę na plecach Akashiego, by ten nigdzie nie odszedł. Bez sprzeciwu przekrzywił głowę, gdy dłoń we włosach tak nim pokierowała i tak samo bez oporu, a nawet z prawdziwą przyjemnością pozwolił pogłębić pocałunek. Kręciło mu się w głowie bardziej niż podczas tańca, kolana miał zupełnie miękkie.
Był szczerze zawiedziony, gdy został w końcu uwolniony od pieszczoty warg i języka. Spojrzał na Akashiego zamglonymi oczami, łapiąc powietrze przez rozchylone wargi. Akashi uśmiechnął się i przesunął kciukiem po dolnej wardze Koukiego, który z lubością przymknął oczy pod wpływem dotyku.
Furihata o mały włos by się przewrócił, pozbawiony nagle podparcia drugiego chłopaka.
– Dziękuję za taniec, to była prawdziwa przyjemność – powiedział Akashi z uśmiechem, robiąc krok do tyłu. – Jeżeli chcesz więcej, to będziesz już musiał sam przyjść do mojego pokoju.
Furihata nie był pewien, czy dreszcz, który przebiegł mu po plecach, wynikał z lęku, czy ekscytacji. Chyba będzie musiał się do tego przyzwyczaić. Uśmiechnął się. To było dokładnie to samo uczucie, które towarzyszyło mu przy horrorach. 
– Do zobaczenia, Akashi – powiedział i wiedział, że mówi prawdę. Przyjdzie do Akashiego. Nie mógłby nie przyjść. Chyba się od niego uzależniał.
Akashi odpowiedział jedynie przelotnym, ale szczerym uśmiechem. Zabrał telefon i zostawił Koukiego samego. Jednak przez cały czas czuł na sobie jego spojrzenie. Jego i jeszcze kogoś.
– Ładnie to tak podglądać, Tetsuya? – zapytał pustą przestrzeń.
– Cieszę się twoim szczęściem, Akashi-kun – odpowiedział jeden z cieni spokojnym głosem.
A Akashi zdał sobie sprawę z tego, że faktycznie... W tej chwili czuł się szczęśliwszy niż po jakimkolwiek wygranym meczu.
*
No i mój rozdział. Dość krótki ale chyba ok.
*
- TAKAO?!
- Shin-chan, chcę ci coś powiedzieć.
- Czy musisz to robić na klęczkach?! – Midorima poczerwieniał.
- Tak jest bardziej dramatycznie. Poza tym to pasuje do sytuacji. Chociaż… Nie mam pierścionka.
- CO?! – Shintarou zaczynał coś rozumieć i nie był pewny, co o tym sądzić. Takao wziął bardzo głęboki oddech, odgarnął grzywkę z twarzy i wypalił prosto z mostu:
- Shin-chan, chyba cię kocham.
- Ta-takao?!
- Z całą pewnością jestem w tobie zakochany. I stwierdziłem, że powinienem ci powiedzieć, bo jestem z tobą szczęśliwy. Uwielbiam z tobą przebywać, uwielbiałem nawet, gdy byłeś potwornym egoistą, nawet wtedy, kiedy jesteś najgorszym tsundere z możliwych. No. Musiałem ci to powiedzieć. – Faktycznie, musiał, ale nie wiedział, czy nie zacznie tego żałować, patrząc na nie-wiadomo-co-wyrażającą twarz Midorimy.
- Takao… - Wymamrotał Midorima wyjątkowo cicho.
- Tak? – Takao wstał i otrzepał kolana, już żałując, że urządził całe to przedstawienie. I nagle Midorima wyciągnął do niego ręce w nieokreślonym geście. Pod wpływem impulsu Takao podszedł bliżej, a wyższy chłopak złapał go i niezgrabnie przyciągnął do siebie. Przez kilka niezręcznych sekund Kazunari widział głównie jego zaczerwienioną twarz. Po czym Midorima wymruczał coś zbliżonego do „ja ciebie też” i przyciągnął jego twarz do swojej. Pocałunek nie był idealny, nie, daleko mu było do tego, ale był jednocześnie najlepszą rzeczą, jaką Takao mógłby sobie wyobrazić.
                Momoi poczuła się wzruszona, patrząc na tych dwoje.
***
                Aby zapomnieć o własnych rozterkach, Riko postanowiła jak najszybciej zająć się Kiyoshim i Hyuugą. Zaczęła od obserwacji w czasie treningu. Stwierdziła, że dzisiaj będą grali dwa na dwa „w takich duetach, w jakich czują się najlepiej”. Kagami i Kuroko – Tetsuya wypytywał o coś (nawet domyślała się, o co) przyjaciela, a ten ewidentnie plątał się w zeznaniach. Mitobe i Koganei, dopiero teraz zauważyła, jak uroczy są. Bez żadnej ingerencji dwóch yaoistek. Była z nich dumna. Izuki skończył z Furihatą, a Tsuchida, Kawahara i Fukuda wylądowali w trójce. No i Kiyoshi i Hyuuga… To było oczywiste. Kiyoshi z szerokim uśmiechem, Hyuuga usiłujący okazać, jaki jest niezadowolony, chociaż wszyscy wiedzieli, że to raczej gra. Trenerka z uśmiechem patrzyła, jak współpracują, idealnie zgrani. Byli dla siebie stworzeni. Ciche, niedosłyszalne rozmowy. Kiyoshi sugerujący coś z uśmiechem. Czerwony na twarzy Hyuuga, nerwowo poprawiający okulary na nosie. Przybijanie piątek po udanych akcjach. Awwwwwww.
                Aż w końcu, po ćwiczeniach, już pod sam wieczór, Riko była na tyle doprowadzona do szału tym, że tamci JESZCZE nie są razem, że przywołała ich do siebie, złapała za materiały koszulek i, starając się wyglądać na bardzo, bardzo złą, rzuciła:
- Jeżeli między wami coś jest, to przestańcie być idiotami i to sobie powiedzcie! Patrzenie na wasze niedokończone gejowskie aluzje doprowadza mnie do szału! – Po czym odbiegła, starając się nie oglądać za siebie.
                Hyuuga pokrył się rumieńcem, wymamrotał „eee…” i przyspieszonym krokiem podążył w stronę budynku. Kiyoshi pobiegł za nim, nie patrząc za uważnie, wpadł na niego i przewrócił. Co skończyło się leżeniem na nim w dosyć… Sugestywny sposób. Junpei westchnął, a w westchnieniu było tyleż ulgi, co zrezygnowania.
- No dobra. To chyba jest ten moment… Idioto.
                Złapał go za włosy i przyciągnął do siebie. I niewątpliwie był to najlepszy z pierwszych pocałunków.
***
AoKaga – odhaczone.
KiKasa – odhaczone.
MuraMuro – odhaczone.
MidoTaka – odhaczone.
AkaFuri – odhaczone.
KiyoHyuu – odhaczone.
(Ewidentnie dopisane później) MitoKoga – odhaczone.
***
                Momoi i Riko zostały otoczone przez sporą grupę koszykarzy, wśród których prym wiedli Aomine i Kagami. Skąd oni w ogóle wzięli się w ich pokoju?
- No dobra – Aomine uśmiechnął się szeroko. – Satsuki, trenerko Seirin… Teraz czas na was.
                I rzeczywiście. Tak się stało.
Dwa miesiące później
                Rok szkolny rozpoczął się. Pokolenie Cudów, Kagami i Kuroko weszli w niego już jako drugoklasiści… Oraz jako słynni na całą Japonię młodzi koszykarze. Na spotkaniu z najsilniejszymi japońskimi drużynami pojawili się wszyscy, którzy w czasie wakacji byli razem na obozie treningowym. Summer Cup zbliżał się wielkimi krokami, więc zorganizowano wywiady z każdą z najlepszych drużyn najpierw osobno, a później konferencję ze wszystkimi. Zapis tego wkrótce miał pojawić się w numerze specjalnym najbardziej prestiżowego koszykarskiego magazynu. Na konferencji większość pytań była dosyć tendencyjna, ale pod koniec jeden z dziennikarzy uśmiechnął się dziwnie i zapytał:
- Ostatnio często słyszy się o prawdziwej epidemii homoseksualizmu wśród najsilniejszych drużyn. Wśród was wytworzyło się ponoć bardzo wiele gejowskich związków. Czy umiecie wyjaśnić, skąd to się wzięło?
- Nie można mówić o epidemii homoseksualizmu. To po prostu orientacja – rzucił Takao z uczoną miną, a Aomine dodał:
- Ale coś na ten temat mogą powiedzieć wam tamte dwie – wskazał na Riko i Momoi, które stały obok, demonstracyjnie się obejmując. Ciekawski reporter podbiegł do nich z mikrofonem i spytał ich o to z wyraźnym zaciekawieniem. Wszystkie oczy w sali skierowały się na nie. A Riko roześmiała się głośno.
- My miałybyśmy mieć z tym cos wspólnego? Skąd ten pomysł? – Momoi zawtórowała jej, przyciągając dziewczynę bliżej do siebie.
- My nawet nie lubimy facetów!
*
No i koniec. A nadchodząca niespodzianka to... Po miniaturce z każdym ze "Swatkowych" pairingów! O tym, jacy są, kiedy są już razem. I dlaczego wszyscy są jednocześnie bardzo frajerscy i bardzo uroczy. A nie, to tylko moja opinia.
Pozdro od Yui. Kto widział mnie na Magni niech pisze~